11.03.2009

Wędrowiec na krańcu świata

Pamiętam tę rycinę z czasów dzieciństwa. Nie wiem z jakiej okazji z nią się zetknęłam, w jakiej książce zobaczyłam. Pamietam tylko ogromne wrażenie jakie na mnie wywała i to, że lubiłam się jej przyglądać. Kojarzy mi się zatem z dzieciństwem, czymś tajemniczym a jednocześnie bezpiecznym. Znalazłam ją pod nazwą "Flammarion" - nazwisko francuskiego astronoma, który zamieścił ją w swoim dziele oraz pod tytułami "Wędrowiec na krańcu świata" i "Universum". Autor ilustracji, z tego co zdołałam wyczytać, jest nieznany.



10.29.2009

Małe kobietki tworzą.

Moja córeczka została przez mnie zainspirowana i postanowiła wykonać własne mitenki. W tym celu "ozdobiła" swoje rękawiczki osiągając całkiem interesujący efekt. Oczywiście postanowiła się nimi pochwalić w szkole. Niestety, dziury okazały się nietrwałe, porozciągały się i podarły. Ale, niezrażona Niunia poprosiła mnie o zakupienie nowych rękawiczek i te nowe już zostały pocięte, tym razem z większą dozą rozsądku.
Każdy uczy się na błędach. Nawet Niunia.



A ja cały czas "mitenkuję". Uwielbiam cieniutkią włóczkę i cienkie druty. Zaszalałam i połączyłam dwie makabrycznie cienkie nici i powstała jedna cienka, utrzymująca się w normie. Fajnie wygląda ta bawełniana z lekkim połyskiem.

10.21.2009

Pada...

Pogoda jesienna. Siąpi. Jak ja to lubię! :)
Tak fajnie się wtedy siedzi i robi coś na szydełku czy drutach słuchając... na ten przykład "Potopu". Gdy Kmicic ratuje Sorokę przed wbiciem na pal, przechodzą mnie dreszcze.
Mam jakieś uczucie, że to co robię jest jakieś beznadziejne, brzydkie, że jedyną osobą, której się to podoba, jestem ja. Czyli, że wszystko w normie, bo całe życie tak mam. Nie powinnam się zatem niczym martwić. Ha, ha, ha...
Przed chwilą dostałam niespodziewanego, bardzo miłego maila z domu. Wzruszyłam się i chciałabym zapamiętać te chwilę. Tak na zaś.
Mam ostatnio sporo zamówień na mitenki i pojawił się problem. Nigdy nie potrafiłam określić wartości rzeczy, które robię i teraz owszem, chętnie podejmuję się wykonania, ale jak przychodzi do określenia ceny to się czuję tak głupio, że najchętnej oddałabym wszystko za darmo żeby mieć spokojne sumienie. A jak już wezmę jakaś kasę, to potem dwa dni chodzę struta, że wzięłam za dużo i że taka świnia ze mnie pazerna.
Ech... Czemu ja nie mogę być w interesach po prostu zimna jak sopel lodu?!



9.07.2009

Bawełniane nici i strzelanina

Wieczorami (lubię te wieczory) siedzę sobie z podwiniętymi nogami na łóżku i dłubię te moje dłubanki. Do uszu sączy mi się głos... W tej chwili słucham "Nocy i dni" w interpretacji Zofii Kucówny. Ktoś może powiedzieć: "Ale nudy!". Może i tak, ale jak to świetnie nastraja, uspokaja, koi wszystkie dzienne sprawy.
Od jakiegoś czasu jestem zdecydowanie fanką audiobooków. Zawsze lubiłam, gdy ktoś mi czytał, a gdy odkryłam audiobooki, poczułam jakbym odnalazła kawałek jakiegoś swojego, dawno zapomnianego świata.
Wieczorami nie tylko Kucówna mi szepcze do ucha. Dolatują mnie także dźwieki strzelaniny, jęki rannych, rozkazy. On siedzi i gra w kolejną wojenną grę. Gdy uda mu się jakoś spektakularnie "rozwalić" wroga, roznieść go na kawałki albo wyjątkowo dobrze poczyna sobie z czołgiem, woła mnie i muszę podziwiać jego militarne osiągnięcia.
Dziecko też jakieś ciche. Na razie nie ma zbyt wiele zrobienia po szkole. Dziecko zatem czyta. Czyta!!!
A ja dłubię już niemal jesiennie.

9.04.2009

Czerwień i ciemna zieleń

Jakoś tak z tymi kolorami kojarzą mi się ostatnie dni. Pewnie dla kontrastu robię ostatnio rzeczy w zupełnie innych kolorach.
Czekam z utęsknieniem na jesienne kolory i tę dziwną mgiełkę.
A tak poza tym to szlak mnie trafia, bo wreszcie i w Polsce moglibyśmy zarabiać jak ludzie, a nie tylko na pół miesiąca. Ciągłe martwienie się, że nie starcza do kolejnej wypłaty kompletnie wytrąca mnie równowagi i jest jak wieczny, bolesny wrzód w delikatnym i wrażliwym miejscu. I nikt mi nie powie, że pieniądze nie są ważne. Niech ci idealiści spróbują bez kasy przeżyć: jeść, pójść do kina, kupić książkę (te dwa ostatnie to już rozpusta!), ale choćby kupić sobie papier toaletowy czy bułkę. Kasa jest potrzebna i wkurza mnie to, że średnia krajowa wynosi o wiele więcej niż ja zarabiam. Bo to ja jestem średnia krajowa - tyle co ja i mniej zarabia większość ludzi w Polsce i większość ma tego dość, a ta średnia to śmiech na sali.
Dla pocieszenia wspomnienie wakacji, a przynajmniej jakoś tak mi się kojarzy.:

8.28.2009

I nastał mglisty poranek

Dzisiaj, po raz pierwszy, poczułam lekki powiew końca lata. Delikatna mgiełka unosiła się nad uliczkami, a okoliczne drzewa i krzaki pokryte były rosą. Spostrzegłam też, że owoce winobluszczu zaczynają dojrzewać, niedługo liście zrobią się purpurowe.





Powinnam jakieś rachunki życiowe zrobić. Nie z powodu końca lata, tylko dlatego, że miałam urodziny kilka dni temu. I to takie bardzo okrągłe. Jednak jakoś nie mam ochoty na żadne życiowe remanenty. Bo co one mogą dać? A jak się okaże, że po stronie minusów aż się roi? Nie. Lepiej dać z tym spokój i żyć tak żeby niczego nie żałować. O! Nie robię nigdy postanowień, nawet noworocznych, ale to chyba mogłabym spróbować jakoś zrealizować.

8.14.2009

... i stare koronki

Boże... Jak ja kocham bawełniane koronki, koraliki, tasiemki i cały ten kram. Nie wiem jak określić radość łączenia ze sobą tego wszystkiego. Czasami muszę się powstrzymywać, bo cały świat oplotłabym koronkami i szydełkowymi robótkami.
Zrobiłam kilka rzeczy... Trochę własny, trochę podpatrzony świat. Lubię wiedzieć, że umiem coś zrobić, może nie tak samo jak inni, bo tak się nie da. Nawet nie chodzi o to, żeby było podobnie. Czasami po prostu zaglądam do innego świata i staram się przenieść jakieś zachwyty, inspiracje, zapachy, kolory by wzbogacić mój świat, który niejednokrotnie wydaje mi się strasznie ubogi w piękno i spokój.







8.12.2009

Jak jest coś nie tak

Jak jest coś nie tak, to trzeba narysować kwiatki i słoneczko.



8.10.2009

Urlop

Pierwszy dzień w pracy po urlopie.
Strasznie lubię leniuchować, ale po tych trzech tygodniach zastanawiam się czy ja powinnam mieć urlop. Jakieś takie doły mnie dopadły i egzystencjalne srutututu.
Może dlatego, że nie miałam praktycznie dostępu do komutera? Lubię mieć absolutną swobodę w surfowaniu. Lubię pooglądać fajne strony, poczytać co ludzie piszą na blogach, odejść by zdrobić obiad, potem sobie znowu przysiąść na moment... A tu od rana do nocy maksymalne obłożenie kompa.
Jeden tydzień, nie wiem czy napisać, że zmarnowałam na robieniu kolczyków czy też, że wykorzystałam te kilka dni na ich zrobienie. Mogę się tylko pocieszać, że jeśli chodzi o decoupage, to czegoś absolutnie wstępnie się nauczyłam. Tych kolczyków narobiłam ponad dwadzieścia par. Po co? Nie mam pojęcia.
Mam za to nowe pomysły na nowe rzeczy. Nie wiem tylko kiedy się otrząsnę z urlopowego doła i zacznę je radośnie realizować.









6.12.2009

Powsin

Szczerze mówiąc do wczoraj nie wiedziałam nawet, gdzie jest Powsin. A już zupełnie nie miałam pojęcia, że tam jest jakiś ogród botaniczny. Ale taki stan utrzymał się, jak już nadmieniłam, do wczoraj.
Pogoda była rewelacyjna, choć chwilami może było za gorąco. Ogród we wczesnoletnim rozkwicie prezentował się wspaniale. Wszędzie masa kolorów, zapachów i brzęczenie ogłupiałych owadów. Pulsująca obfitość.




















W ogrodowej szklarni zachwyciła mnie bugenwilla, którą widziałam tylko w jakiejś skarłowaciałej formie, jako roślinkę uprawianą w doniczkach. Czytałam wiele książek, w których opisywane były oplecione nią domy. Niestety, domy te były gdzieś w Grecji lub w podobnie ciepłych miejscach. W Polsce nie da się domu opleść bugenwillą.
Zachwycił mnie ananas, mandarynki wiszące na gałeziach (pewnie mandarynkowego drzewa), cytryny i niesamowite rzeźby indyjskich bogów, których mnóstwo urytych było w plątaninie roślin.












A oto zagadka dla mamy. Nie znam nazwy tej rośliny, poszukiwania tabliczki z nazwą zakończyły się fiaskiem. Krzak ma około 1 merta wysokości i jest oblepiony kiśćmi małych różowych kwiatków, które wyglądają jak odlane z wosku. Przepiękny.